Nowe witryny internetowe

Moi krewni w sieci

Już ponad miesiąc działa w polskiej sieci serwis genealogiczny Moikrewni.pl. Witryna funkcjonuje także w kilku wersjach językowych: niemieckiej, włoskiej oraz portugalskiej. Łącznie wszystkie serwisy posiadają ponad 5 milionów profili i 400.000 drzew genealogicznych.

Moikrewni.pl to serwis społecznościowy, gdzie rodziny mogą wspólnie utworzyć swoje drzewo genealogiczne. Oprócz genealogii witryna ma w założeniu pełnić funkcję poszukiwania krewnych oraz odnawiania kontaktów rodzinnych.

- Już po miesiącu istnienia strony przekonaliśmy się, że temat rodzina oraz poszukiwanie korzeni jest w Polsce jak najbardziej „na czasie” oraz jak wiele osób jest tm zainteresowanych - mówi Małgorzata Karcz z niemieckiej firmy Online Social Networking GmbH, właściciela portalu.

Według zapewnień wydawcy w ciągu niecałych 2 miesięcy polską stronę odwiedziło ponad 3 mln osób i zostało utworzonych ponad 2,3 mln profili.

- Jest to nowy trend, który się rozprzestrzenia, świadczą o tym statystyki w ciągu godziny powstaje ponad 500 nowych drzewek genealogicznych - dodaje Małgorzata Karcz.

Poza głównymi funkcjami na stronie znajduje się kalendarz z ważnymi rodzinnymi datami, mapa, na której można zaznaczyć, kto skąd pochodzi oraz forum.

Dowiedzieliśmy się także, że w tej chwili trwają tłumaczenia do wersji hiszpańskiej oraz angielskiej.

www.moikrewni.pl

WEBinside

 

Pytania do kolekcjonerów - część II

Cytat:
chiszpański


Hiszpański...
tutaj kilka słowników
http://www.lietpol.pl/ << polsko-litewski (!) http://angielskisportowy.w.interia.pl/ << polsko-angielski wyrażeń sportowych (nie polecam, banalne tłumaczenia i słownictwo...)
http://www.slownikonline.yoyo.pl/index.html << słownik polsko-japoński (!) http://portalwiedzy.onet.pl/tlumacz.html << słownik onetu, jeden z lepszych online, wiele języków (również jidysz)
za jakiekolwiek błędy i nieścisłości nie odpowiadam. Testowałem tylko ostatni słownik.
pozdrawiam

Słowniki on-line

-Pons.pl (słownik pol-niem i niem pol)

-Dep.pl (słownik pol-niem i niem pol)

-Infobot (bot inforamacyjny) oferuje słowniki jęz. angielski, francuski, niemiecki, hiszpański, włoski, słownik języka polskiego, wyrazów obcych, ortograficzny. i wiele innych botów Aby skorzystac należy w swoim komunikatorze gg wpisać nr 3217426 i napisać w wiadomości polecenie np: np! reisen co ozn. słownik niemiecki polski, szukane hasło to reisen i po chwili otrzymamy wiadomość z tłumaczeniem

-Wiktionary.org (wiki słownik wszystkie języki świata)

- Canno.net - Deutsche Online Wörterbücher, Grammatik, Rechtschreibung, Flexion, Wortbildung, Terminologie. Erläuterungen zur Grammatik, Linguistik und Morphologie der Sprache Deutsch nachschlagen.

czy ktos wie jak po niemiecku jest chłodnica

http://slowniki.onet.pl to bardzo fajny slownik online.
Zastanawialem sie nad jedna rzecza. Dlaczego oprocz jezyka niemieckiego angielskiego i francuskiego jest tam jeszcze hebrajski? Czyzby szefowie ITI mieli klopoty z tlumaczeniem na jezyk polski? Wydaje mi sie ze hiszpanski bylby bardziej przydatnym jezykiem.

 

Korepetycje Hiszpański - Poznań - Tanio

HOLA A TODOS!

Witam wszystkich zainteresowanych i zakochanych w języku hiszpańskim !
Od 10 lat jestem lektorem języka hiszpańskiego, wykładowcą Uniwersyteckim oraz tłumaczem ( prowadzę własną firmę tłumaczeniowo-językową). Od 3 lat uczę hiszpańskiego indywidualnie także przez Skype; w ten sposób także przygotowuję do egzaminów DELE. Uważam, że jest to równie skuteczna metoda jak zajęcia indywidualne z lektorem. Na początku trudno mi było przekonać słuchaczy do Skype, ale w miarę poprawy łącz i samego Skype zrobiło się to znacznie prostsze i nabrało międzynarodowego wymiaru. Mam między innymi słuchaczy z Francji, Izraela, USA, Austrii i Rosji no i oczywiście z Polski.
Wśród plusów tej metody wymieniam między innymi: Gdziekolwiek jesteś ...
Nie musisz wychodzić z domu w deszczową pogodę...
Nie musisz wychodzić z pracy...
Nie musisz szukać opiekunki do dzieci...
Nie musisz tracić czasu na dojazd do szkoły językowej...
Nie musisz drogo płacić za indywidualne lekcje z lektorem...
Wystarczy podstawowa znajomość komputera, dostęp do sieci i podłączony SKYPE. Żywy, indywidualny dialog z lektorem online.
Zapraszam gorąco przede wszystkim osoby które znają ten język, a także początkujących! Naprawdę nie drogo! Warto spróbować!

Płatność po każdej lekcji!
Wszystkie materiały w cenie!

Ponadto rzetelne i szybkie tłumaczenia z/ na j. polski ( w tym wszelkich dokumentów).

Gg: 9396916
skype: jefe_7
mail: elmundohispano@prokonto.pl

Mucho gusto! Cordiales Saludos a todos!

stawki w USA i Kanadzie

Cytat:
Tlumaczenie z angielskiego, hiszpanskiego, wloskiego, niemieckiego,
dalej japonskiego, rosyjskiego, wloskiego ..
nie ma normy...
Jest bezplatny serwis tlumaczenia pomiedzy tymi jezykami.
Pisze sie adres zrodla i przychodzi tlumaczenie, bez oplat, liczby slow
itd.
Wlaczenie polskiego do tego systemu to kwestia 1-2 lat.
I tlumaczenia beda nareszcie za friko. Obojetnie czy 1 strona, czy 100.
I to dzieki inetowi i komputerom.
Dlatego w US i kanadzie juz moga bezplatnie tlumaczyc z ang na hiszp, i
odwrotnie, i w innych grupach jezykowych.

Pracujcie teraz na polskim, aby tez zostal wlaczony .

Juz teraz, gdy mam katalogi z biur podrozy z wloch, hiszpanii w
ichniejszych jezykach to sobie to czytam po angielsku.
Robie skan + OCR i wysylam to przez inet i za 10 minut mam
przetlumaczone za frico.
Jacek



Chyba robisz nas w jeleni :) Choc...

Juz dobre kilka lat temu gdy telewizja kablowa w Polsce dopiero
raczkowala slyczalem o gornolotnym zamysle jej szefow by
robic dubbing w czasie rzeczywistym. Jak dotad o tym cicho -
choc pewnie predzej niz w polowie nadchodzacego wieku
ogladanie np. chinskiej czy japonskiej telewizji z dubbingiem online
to bedzie "normalka".

Co bedzie potem z tlumaczami ... to juz ich (Wasze) zmartwienie.
Czesc pewnie pomoze nam informatykom w udoskonalaniu
oprogramowania tlumaczacego (systemy ekspertowe)  :)

Nie jest tez tajemnica ze Amerykanie dysponuja obecnie
kilkoma poteznymi bazami nasluchu elektronicznego
(jedna z nich jest w Wielkiej Brytanii)-
dzieki nim sa w stanie zarejestrowac i przetlumaczyc KAZDA
rozmowe telefoniczna w dowolnym z 50 jezykow
(filtrowanie pod katem wystapienia pewnych slow)
to samo dotyczy internetu.

Mozesz podac ten adres zrodla? Please.
Przekonamy sie jak tam tlumacza.
Grisha

Bot GaduGadu

Chcesz mieć łatwy dostęp do wielu zasobów internetowych używając tylko nie zawodnego gg??
dodaj do kontaktów ten numer :3217426
jest to cudowny infobocik działa bez zarzutu
i jest online 24 godzinki na dobę.

funkcje
Dostępne polecenia to:

Pogoda:
pogoda! - aktualna prognoza pogody dla Lublina
pogoda! miasto - prognoza pogody dla podanego miasta
dodaj! miasto - przypisuje do Twojego numerka gg podane miasto
Słowniki językowe:
angpol! wyraz - tłumaczy słowo z angielskiego na polski
polang! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na angielski
frapol! wyraz - tłumaczy słowo z francuskiego na polski
polfra! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na francuski
niempol! wyraz - tłumaczy słowo z niemieckiego na polski
polniem! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na niemiecki
włopol! wyraz - tłumaczy słowo z włoskiego na polski
polwło! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na włoski
hispol! wyraz - tłumaczy słowo z hiszpańskiego na polski
polhis! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na hiszpański
Słowniki języka polskiego i encyklopedie:
ort! wyraz - sprawdza słowo w słowniku ortograficznym
sjp! wyraz - sprawdza wyraz w słowniku języka polskiego
swo! wyraz - sprawdza wyraz w słowniku wyrazów obcych
swb! wyraz - sprawdza wyraz w słowniku wyrazów bliskoznacznych
wiki! hasło - sprawdza hasło w Wolnej Encyklopedii - Wikipedii
Pozostałe:
lotto! - aktualne numery wylosowane w dużym lotku
imieniny! - kto dzisiaj obchodzi imieniny
imieniny! imię - podaje kiedy dana osoba obchodzi imieniny
e! liczba - sprawdź co jesz; informacje o związkach chemicznych
sugestia! tekst - zgłoś nam sugestię lub błąd
waluty! - aktualne kursy walut
waluty! liczba - przelicza daną sumę pieniędzy wg kursów
tv! - dzisiejsze hity w telewizji; dla zdesperowanych (;
tv! stacja - program dla podanej stacji
wersja! - wersja bota
pomoc! - wyświetla tę pomoc
skróty
Przypominamy, że część poleceń ma swoje krótsze odpowiedniki:
p! - aktualna prognoza pogody dla Lublina
p! miasto - prognoza pogody dla podanego miasta

ap! wyraz - tłumaczy słowo z angielskiego na polski
pa! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na angielski
fp! wyraz - tłumaczy słowo z francuskiego na polski
pf! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na francuski
np! wyraz - tłumaczy słowo z niemieckiego na polski
pn! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na niemiecki
wp! wyraz - tłumaczy słowo z włoskiego na polski
pw! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na włoski
hp! wyraz - tłumaczy słowo z hiszpa?skiego na polski
ph! wyraz - tłumaczy słowo z polskiego na

Źródło ggmania.eu

EKSTRAKLASA

Była Miss Polonia Katarzyna Borowicz jako prowadząca, bramki i fragmenty meczów, newsy, wideo czat i materiały historyczne - to początki telewizji klubowej, która powstaje w Poznaniu. Jest Real Madryt TV, Arsenal TV - teraz będzie też internetowa Lech TV.

Rozmach przedsięwzięcia jest oczywiście bez porównania mniejszy niż w wypadku klubowych telewizji prowadzonych przez czołowe kluby hiszpańskie i angielskie (tam te media są najpopularniejsze). W Polsce jednak takie przedsięwzięcia to rzadkość - w marcu tego roku w Białymstoku zaczęła działać Jaga TV.

Telewizja miała powstać już w zeszłym roku przy współpracy z lokalną stacją WTK (tą samą, której TVP zepsuła żart primaaprilisowy o Piotrze Reissie w Bundeslidze). Ostatecznie Lech zdecydował się otworzyć ją sam. - Chcemy mieć jak najwięcej kanałów, dzięki którym docieramy do naszych kibiców - mówi Piotr Matecki, zastępca szefa marketingu w poznańskim klubie. To on jest odpowiedzialny za projekt.

Lech TV Online, bo tak się nazywa ta telewizja, startuje dziś wieczorem pod adresem www.lechpoznan.tv. Na razie ma to być zestaw programów, fragmentów meczów i materiałów filmowych o Lechu, które kibic może oglądać wedle własnego wyboru, poprzez kliknięcie. - Nie ma ramówki klasycznej telewizji - tłumaczy Matecki. - Mamy jednak studio, które znajduje się w pomieszczeniach trybuny stadionu przy Bułgarskiej i którego wiele telewizji by się nie powstydziło.

Szefem Lech TV Online będzie red. Dariusz Kozelan, były dziennikarz telewizji WTK. Wśród prowadzących programy znajdzie się była Miss Polonia, Wielkopolanka Katarzyna Borowicz. Materiałami związanymi z historią Lecha zajmować się będzie znany w Poznaniu historyk sportu Jan Rędzioch, współpracujący też z "Gazetą Wyborczą".

- Robimy ekspertyzy prawne, od których zależeć będzie czy pokażemy archiwalne mecze Lecha - mówi Matecki. - Docelowo chcemy to robić. Naszym zdaniem, do pokazywania fragmentów meczów i bramek z bieżących spotkań mamy prawo i będziemy to robić już teraz.

Telewizja internetowa na razie będzie otwarta, ale za kilka miesięcy ma znaleźć się w płatnym pakiecie usług dla kibiców.

Bardzo fajny pomysł. To mi się podoba. Wreszcie i polska piłka klubowa zaczyna mieć jakieś cywilizowane oblicze i próbuje podążać za zachodnimi trendami. Oby tak dalej. Mam nadzieję, że wkrótce inne polskie kluby pójdą w ślady Lecha i też stworzą własne kanały telewizyjne.

Sowiecka doktryna wojenna

@WojtekM - przyznam, że zwróciłeś moją uwagę na szczegóły, którym nie przyjrzałem się dość uważnie. Muszę poszukać czegoś więcej o szkoleniu i zasadach współdziałania na szczeblu niższym niż dywizji.

Cytat:2 i 3. Skąd generałowie sowieccy mieli w grudniu 1940 roku wiedzieć co będzie trudne dla Amerykanów w 1944 roku?


Nie musieli wiedzieć, że trudne to będzie dla Amerykanów. Wiedzieli jednak, że w Hiszpanii to było niemożliwe, a Niemcom w Polsce i Francji nie udało się.

Cytat:W Kijowie okopy (i umocnienia) były - i Kijów obronił się przed bezpośrednim atakiem. Dopiero obejście Kijowa przez niemieckie zwiazki pancerne i wycofywanie się Armii Czerwonej doprowadziło do kolejnej katastrofy..


Tylko to pokazuje jednak przewagę doktryny wojny manewrowej (nazywanej w kontekście RKKA zaczepną).

Cytat:Sprawdziła się doktryna niemiecka, dopóki używana była tak jak ją zaplanowano - czyli do intensywnych wojen o ograniczonym zasięgu i czasie trwania ca. do 1942. Nawet potem sprawdzała się całkiem nieźle choć przecież ewoluowała, bo zmienial się sprzet, przeciwnik itp.
Sprawdziła się koniec końców doktryna sowiecka - jeśli ją rozumiec jako "głeboką" bitwę, operację.

Nie sprawdziła się brytyjska - do końca wojny mieli problemy ze zgraniem czołgów i piechoty.
Nie sprawdziła się amerykańska, polska, jugosłowiańska itp.


O ile zgadzam się z Tobą w ocenie Sowietów i Niemców - nawet bardziej niż zgadzam - uważam, że doktryna niemiecka, choć nieadekwatna do potrzeb i możliwości była nadal znakomita. To samo dotyczy sowietów, tylko u nich jakby odwrotnie - zaczęli z zupełnie innymi potrzebami i bez możliwości, ale z czasem osiągnęli stan w którym mieli środki na realizacje doktryny.

Nie rozumiem jednak ocen dotyczących Brytyjczyków i Amerykanów. O ile trudno mówić o przełożeniu amerykańskiej doktryny z 1939 na to co się działo w 1945 to wiele elementów ich doktryny można zidentyfikować w 1942 i obserwować do końca wojny (i później w Korei). U Brytyjczyków do końca wojny kluczowe elementy doktryny pozostały bez zmian.

Cytat:Oddziały RKKA w 1941 r nie okopywały się, nie tworzyły żadnych poważniejszych linii obronnych, nie organizowały także wspóldziałania na szczeblu pododdziałów. A to dlatego, iż armia ta szykowała sie do natarcia, a nie do obrony.


A jaki związek? Niemcy w 1940 stali na umocnieniach. Amerykanie przed każdym przełamaniem frontu byli okopani. Sowieci przed każdym przełamaniem frontu byli okopani - można wyliczać w nieskończoność.
Nie ma różnicy między natarciem i obroną jeśli chodzi o współdziałanie pododdziałów. W obu przypadkach współdziałanie to konieczność.

Cytat:Obrona strategiczna nie była w ZSRR w ogóle rozpatrywana, nie prowadzono szkoleń, ani nie organizowano współdziałania.


Co do szkoleń - trzeba by sprawdzić. Co do rozpatrywania - skądś się pomysł przerzucenia przemysłu w maju zrodził. Jak dla mnie - to jest przykład bardzo daleko posuniętego myślenia o defensywie strategicznej.

Cytat:Doktryna radziecka w 1941 roku - to mniej więcej to samo, co zdziałano pod Chałchyn- Goł w sierpniu 1939 r. - tylko na wiekszą skalę


Tylko innymi siłami, w innych warunkach. Pomijam, że walki z Japonią to nie tylko błyskotliwe uderzenia, ale też bardzo skuteczna obrona - również obrona manewrowa.

Cytat:Kwestie logistyczne traktowane były jednak dość marginesowo - podstawowe zaopatrzenie wosjka pancerne i zmot. zabierały ze sobą - resztę zapewnić miał właściwy dowódca armii czy nawet frontu.


Wojsko nie jest w stanie zabrać ze sobą zaopatrzenia. Z tym marginesowym traktowaniem logistyki niesposób się nie zgodzić. Generalnie logistyka w wydaniu radzieckim to jeden wielki bajzel - na wszystkich poziomach - od organizacji najwyższego dowództwa po wyposażenie jednostek najniższego szczebla.

Cytat:ad1. - stopniowo wprowadzano także całe armie pancerne,


W pierwszym dniu? Kiedy?

Cytat:ad2. - działania lotnicze - w pasie natarcia, a więc wywalczenie ograniczonej w miejscu i czasie przewagi w powietrzu,


Jakieś przykłady?

Cytat:ad.3 - również w pasie natarcia i na bezpośrednim zapleczu atakowanych wojsk,


Znów - jakieś przykłady realizacji?

Cytat:ad.4 - na terenach radzieckich i polskich - często zamiast lub obok - działania partyzanckie.


Tylko jeśli dobrze pamiętam (to było opisane albo u Glantza, albo w Desantnikach, albo w którymś Wojenno-istoriczeskij żurnalu - swoją drogą - czy ktoś ma spis opublikowanych online amerykańskich tłumaczeń?) doktryna była zupełnie inna niż te późniejsze działania...

Medieval 2 i ogólnie seria Total War

W medievalu 2 jak gram to moje bitwy mogę podzielić na:
- wygrane z malutkimi stratami (kilkunastu straconych)
- wygrane ledwo (to bitwy obronne gdzie na polu bitwy po walce zostaje niewielu nieuciekających żołnierzy)
- z góry przegrane (to bitwy gdzie komp z własnej woli zawsze atakuje, bo ma kilku- kilkunastokrotna przewage i umiejetnosci dowodzenia są możliwe do porównania tylko na podstawie strat zadanych wrogowi)
Mówię tutaj o medievalu 2 bo w 1 bywało czasami (aczkolwiek nieczęsto) że pokonywałem wroga z znacznie mniejszymi siłami.

Generalnie zwykle odbywają się bitwy albo z góry wygrane, gdzie każdy da sobie radę oraz takie, gdzie NIKT nie jest w stanie wygrać. W takich wypadkach da się rozróżnić skill dowodzenia jedynie na podstawie strat.

A odnośnie kingdomsów, (żebym miał pewność, że przynajmniej część mojego posta jest zrozumiała dla kogokolwiek):

Grałem we wszystkie kampanie, zwykle po parę tur, i jak na razie jest zajefajnie.
Kampania Amerykańska (z perspektywy Nowej Hiszpanii którą gram) jest ciekawa, ale nieco prosta i nużąca. Po prostu mając ciężką kawalerię (chyba w kingdomsach dodatkowo wzmocnioną w szarży) nie ma problemu z pokonaniem wielkich armii golasów z kijami.
Staje się to po kilku bitwach nurzące: nic tylko podchodzisz naprzód, walczysz z pełną armią tubylców, uzupełniasz straty najemnikami, idziesz dalej i kolejna armia..

Później spróbowałem kampanię krucjat: tutaj sprawa jest dość ciekawa, jednak królestwo Jerozolimy wygląda na zbyt silne w porównaniu z arabami. Da się rozwalić pełną armię wrogiej piechoty jedną szarżą rycerzy (tutaj znów wyglądało to tak, jakby szarża została wzmocniona). Dużym plusem jest ilość eventów (nowy zdarza się co turę). Jak na razie chyba najbardziej podoba mi się ta kampania.

W kampanii Brytyjskiej spróbowałem zagrać Norwegią: pełno malutkich wiosek na wyspach wokół wybrzeża szkocji. Ciężka sprawa jest bronić takiej ilości wysp, w której wioski nie są nawet obmurowane palisadą a szkoci mogą podpłynąć gdzie chcą. Nie było to wszystko dość ciekawe, więc spróbowałem zagrać w kolejną kampanię.

Kampanię krzyżacką: Tutaj zagrałem Polską i było dość miło mimo wszystko. Zacząłem wymagającą wojnę z cesarstwem co wyglądało mniejwięcej podobnie do tego, co jest w podstawce. Polska ma jedną nową jednostkę (Polski łucznik) w zamian za utracone litewskie. W ogóle ten łucznik to niewiadomo co jest: strzał i walka wręcz słabiutka, tylko obrona w miarę (na poziomie milicji miejskiej). Jej opis to chyba jakiś żart, albo tłumaczy, albo twórców: "Polscy łucznicy mają świetną przydatność w bitwie i obronę dzięki trzymanym z przodu pawężom. Litewscy łucznicy natomiast mogą tworzyć palisady" (Ci polscy łucznicy mają pawęże na plecach, prznajmniej w trakcie strzelania) [ten cytat piszę z pamięci, jak wrócę do domu to napiszę dokładnie tak, jak jest].

PS. czemu nie piszesz czy podoba ci sie moj aar? Jak uznacie ze dobry, to sprobuje wystartowac z nim na totalwar.org.pl.

PS2. jak wiecie zapisałem się do kampanii online i bede pisac z niej aara jak tylko sie zacznie. Mam tylko nadzieję, że nie trafi mi się jakieś beznadziejne panstwo.

Eksperci wzywają do ujednolicenia praktyk przepisywania antybiotyków w Europie

Naukowcy, których badania są finansowanie ze środków unijnych, stwierdzili spore rozbieżności w sposobie przepisywania antybiotyków w Europie. W niektórych krajach antybiotyki przepisywane są zaledwie 20% pacjentów, którzy zjawiają się u lekarza z powodu kaszlu, podczas gdy w innych krajach odsetek ten sięga blisko 90%. Ponadto wyniki badań pokazują, że zażywanie antybiotyków wydaje się mieć niewielki wpływ na czas potrzebny pacjentowi, by wrócić do zdrowia.

Naukowcy wzywają na łamach czasopisma British Medical Journal (BMJ) do ujednolicenia praktyk przepisywania antybiotyków w całej Europie w ramach działań podejmowanych na rzecz rozwiązania problemu odporności antybiotykowej.

Źródłem unijnego wsparcia był projekt GRACE (Genomika w walce przeciwko odporności antybiotykowej w pozaszpitalnych zakażeniach dolnych dróg oddechowych w Europie), finansowany z tematu "Nauki o życiu, genomika i biotechnologia na rzecz zdrowia" Szóstego Programu Ramowego (6PR).

"Zagrożenie odpornością antybiotykową prawdopodobnie zwiększy się, bowiem lekarze ogólni stają w obliczu rosnącego zapotrzebowania na antybiotyki na ostry kaszel w dobie obecnej, globalnej pandemii grypy H1N1" - oświadczył koordynator projektu GRACE, Herman Goossens z Uniwersytetu Antwerpskiego w Belgii. "Te nowe dane należałoby wykorzystać w celu ograniczenia liczby recept na antybiotyki."

Odporność antybiotykowa jest głównym problemem systemów opieki zdrowotnej na całym świecie. W 2006 r. 39% bakterii inwazyjnych w Europie było odpornych na penicylinę. Niepotrzebne przepisywanie antybiotyków, zwłaszcza w przypadku problemów oddechowych takich jak kaszel, często wskazywane jest jako powód wzrostu liczby insektów odpornych na leki.

Podawanie antybiotyków, kiedy nie są konieczne to marnowanie zasobów, narażanie pacjenta na skutki uboczne oraz zwiększanie prawdopodobieństwa, że pacjent zjawi się u lekarza w przypadku wystąpienia podobnych objawów w przyszłości (zamiast lepiej zadbać o siebie).

W ramach przeprowadzonych badań naukowcy prześledzili doświadczenia 3.402 pacjentów, którzy udali się do lekarza z nowym lub pogarszającym się kaszlem albo możliwą infekcją dolnych dróg oddechowych. Pacjentów pozyskano do badań w ramach 14 sieci naukowych zajmujących się podstawową opieką zdrowotną w różnych krajach Europy.

Odnotowano dokumentację medyczną każdego pacjenta, w tym przepisywane antybiotyki, wraz z ostrością objawów. Poproszono również pacjentów o ocenę i notowanie objawów w dzienniczku przez 28 dni.

Generalnie antybiotyki zostały przepisane około 53% pacjentów, ale wystąpiły ogromne różnice między krajami. Mniej niż jedna trzecia pacjentów w Belgii, Norwegii i Hiszpanii otrzymała recepty na antybiotyki. Dla porównania, w Polsce, na Węgrzech, we Włoszech i w Wlk. Brytanii antybiotyki zaproponowano znacznie powyżej dwóm trzecim pacjentów. Słowacja przewodzi w rankingu wypisywania recept: antybiotyki przepisano 87,6% pacjentów ze stołecznej Bratysławy.

Różnice między ostrością objawów a czasem ich utrzymywania się u pacjentów, palenie tytoniu, wiek, temperatura i inne problemy zdrowotne nie mogą tłumaczyć takich różnic w nawykach przepisywania antybiotyków.

Co więcej, dzienniczki, w których pacjenci odnotowywali objawy, wykazały, że leki nie miały znaczącego wpływu na czas potrzebny do powrotu do zdrowia.

Naukowcy zidentyfikowali również różnice w typach przepisywanych antybiotyków. Na przykład amoxycylina, najczęściej przepisywany antybiotyk jak wykazały badania, stanowił zaledwie 3% recept w Tromsø (Norwegia), podczas gdy w Southampton (Wlk. Brytania) znalazł się na 83% recept. Autorzy raportu przypuszczają, że różnice mogą wynikać z odmiennych wytycznych i zwyczajów w poszczególnych krajach. Tym zagadnieniem zajmą się w ramach odrębnych badań.

"Międzynarodowa współpraca badawcza pokazała, że ogromne różnice między krajami w przepisywaniu antybiotyków nie znajdują uzasadnienia klinicznego" - zauważył naczelny autor raportu, profesor Chris Butler z Uniwersytetu Cardiff, Wlk. Brytania. "Stanowi to zatem solidną podstawę do większego ujednolicenia opieki zdrowotnej w całej Europie."

Źródło: CORDIS

Więcej informacji: British Medical Journal (BMJ): http://www.bmj.com Projekt GRACE: http://www.grace-lrti.org

Źródło danych: British Medical Journal
Referencje dokumentu: Butler, C.C. et al. (2009) Variation in antibiotic prescribing and its impact on recovery in patients with acute cough in primary care: prospective study in 13 countries. BMJ 338:b2242 (publikacja online z dnia 23 czerwca). DOI: 10.1136/bmj

W Piec Art konwersacje w obcych językach

W pubie Piec Art w każdy poniedziałek można spotkać ludzi z różnych zakątków świata i poćwiczyć z nimi konwersacje w obcych językach. Nawet tych najbardziej egzotycznych. For free!
Nnamdike Meribe z Nigerii siedzi przy stoliku z napisem "English", ale wcześniej próbował swoich sił przy stoliku, na którym stała karteczka "Polski".

Nauka polskiego jest dla niego kluczem do sukcesu. Na razie po polsku mówi "okruszek", co ma oznaczać "trochę". Ułożył już nawet plan. - Teraz muszę nauczyć się polskiego. Bez niego nie pójdę na wymarzone studia - ekonomię i politologię. Chciałbym także znaleźć tu żonę, koniecznie Polkę. Bo wy jesteście ładne - tłumaczy Nnamdike prostymi angielskimi słowami. Na spotkania przychodzi co tydzień, odkąd przyjechał do Polski i dowiedział się o nich ze strony internetowej ESL, portalu dla zagranicznych studentów w Krakowie.

Choć Tandem odbywa się regularnie w każdy poniedziałek od godz.20, to wciąż ma status wydarzenia niszowego. Informacje o spotkaniach rozchodzą się pocztą pantoflową, ale są też dostępne na stronie internetowej Tandemu.

- Informacja o naszych wieczorkach roznosi się z ust do ust. Stali bywalcy przyprowadzają swoich znajomych i tak powiększa się grono osób, które tu przychodzą - mówi Beata Kiwit, koordynatorka Tandemu.

Chętnych nie brakuje

W grudniowy poniedziałkowy wieczór sala była wypełniona po brzegi. Brakowało za to krzeseł, a chwilami również miejsca przy stolikach. Najbardziej okupowane były stoliki English, Polski i Deutsch. Ale konwersować można także po hiszpańsku, francusku, czesku, holendersku, japońsku, czy węgiersku. - Wszystko zależy od tego, kto przyjdzie na Tandem i jakimi językami się posługuje. Nie ma żadnych ograniczeń - stwierdza Beata Kiwit.

Pomysł na wieczory językowe narodził się w 2005 roku w głowie Przemka Kuklicza. Z taką formą doskonalenia swoich umiejętności językowych spotkał się w Niemczech, gdzie spędził kilka miesięcy na Wolontariacie Europejskim. Pieniądze na wprowadzenie pomysłu w czyn udało się uzyskać z funduszu europejskiego, w ramach Programu Młodzież. Dzięki temu wieczory językowe są dla wszystkich darmowe. Agnieszka Spieszny, którą spotykam przy stoliku polskim, jest Amerykanką polskiego pochodzenia. Mimo tego, że całe życie spędziła w Stanach, a w domu mało mówiło się po polsku, przedstawia się płynnie w tym języku. Zdradza ją tylko delikatny amerykański akcent. - Im więcej języków się zna, tym ciekawiej. Ludzie są dla siebie bardzo wyrozumiali, bo każdy z nas jest na innym poziomie. No stress - uśmiecha się Agnieszka.

Zróżnicowane środowisko

Mimo tego, że na Tandemie jest dużo Erazmusów, to Polacy starają się wykorzystać ich obecność i także pojawiają się coraz częściej. To świetna okazja, żeby utrzymać żywy kontakt z językiem. Niektórzy są tzw. regularsami, np. Franek Broda, który do Tandemu wrócił po dwóch latach przerwy i teraz jest już co tydzień. - Kiedyś trenowałem język, grając w grę online z Amerykaninem, ale to pochłaniało dużo czasu i zrezygnowałem. Te spotkania to dla mnie idealne rozwiązanie, bo jestem całkowicie skupiony na rozmowie i nic mnie nie rozprasza - tłumaczy Franek. Przyznaje także, że w Tandemie lubi to, że poznaje się mnóstwo ciekawych ludzi.

Obecność Polaków cieszy również obcokrajowców, m.in. Annimarię Valli z Finlandii i Doireann Colley z Irlandii. - Podoba mi się, że na Tandemie można spotkać nie tylko Erazmusów. To w miarę zróżnicowane środowisko. Szlifujemy język, a przy okazji się poznajemy - docenia Annimaria. Doireann przychodzi na Tandem, bo w ciągu dnia Polacy nie dają jej mówić po polsku. Jak tylko ktoś słyszy naleciałości angielskiego akcentu, od razu zaczyna mówić po angielsku. - A ja chcę ćwiczyć mój polski! - oburza się na żarty Doireann.

Tandemowicze podkreślają także, że te spotkania są bardzo często uzupełnieniem normalnych zajęć z języka. - W polskiej klasie ćwiczymy gramatykę, pisanie, ale nie rozmawiamy. Nie ma jak przełamać bariery językowej, a to jest chyba najtrudniejsze. A wiesz, polskiego uczę się też czytając "Gazetę Wyborczą" - śmieje się Elisabeth Büttner ze Stuttgartu, która w Krakowie kończy europeistykę. - Następnym razem przysiądę się pewnie do francuskiego stolika i przy nim będę próbować swoich sił - planuje.

Koordynatorka wieczorów językowych jest zadowolona z tak wysokiej frekwencji. Zdradza, że już niedługo charakter Tandemu nieco się zmieni. - Chcemy zrobić spotkania tematyczne, żeby rozmowa przy stolikach toczyła się wokół konkretnego tematu. W ten sposób można łatwo i przyjemnie wzbogacać swoje słownictwo. Na stolikach znajdą się kartki z wypisanymi wyrazami i zwrotami, które mogą być pomocne w rozmowie na dany temat. Ale luźne rozmowy, takie jak do tej pory, będą toczyć się dalej - zapewnia Beata Kiwit.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Biuro oferujace prace w Hiszpanii

Cytat:
Przekrece..;)
Aaa... wspomniana firma ma siedzibe przy ul: Lelewela 17/5...
Moze ktos mieszka w poblizu, a pod wspomnianym adresem jakis "Salon
masazu" albo co...;)



spróbuj na:

http://www.forum.hiszpania-online.com/
"praca i emigracja"

poczytaj to forum a sporo się dowiesz, lub możesz zapytać o konkretne
terminy oraz miejsca gdzie próbować szukać szczęścia. Możesz podać biuro i
jego ofertę, a jakiś miły forumowicz sprawdzi, czy przede wszystkim oferta
jest zgodna z czasem a może i zadzwoni i zapyta o aktualność pracodawcę w
hiszpanii.

niestety nie polecam sezonowej pracy w tym kraju dla kobiety, przeczytaj
wątek:
http://www.forum.hiszpania-online.com/viewtopic.php?t=762
"zniknąć w hiszpanii"

wkleję ciekawy art. z Wyborczej, bo potrzebny jest kod, którego pewnie nie
masz, sam dodam, że moim zdaniem jest gorzej niż to przedstawia artykuł...
Prawdę mówiąc wstyd mi było za nie a czasami tego kim jestem, nie tylko w
andaluzji słysząc kobietę mówiącą po polsku nawet dzieciaki czasami krzyczą
"puta polaca" - dziwka polska...:

Zniknąć w Hiszpanii

  Magdalena Grzebałkowska (16-02-2004 01:00)

Co się stało z żonami i matkami: Zofią K., Krystyną W. i innymi, które nie
wróciły po zbiorach truskawek?
Artykuł archiwalny; Duży Format

Nikt nie chce ze mną tam iść. Juan Angel, przystojny szef policji, twierdzi,
że nie leży to w jego kompetencjach. Drobna burmistrz Paquita Saiz wykręca
się obowiązkami. Cztery pracownice socjalne nie chcą, by Ukraińcy poznali
ich twarze. Wszyscy twierdzą, że powinnam zrezygnować z wyprawy do domu,
gdzie podobno są Polki, więzione i zmuszane do prostytucji przez ukraińską
mafię. To zbyt niebezpieczne. Zostawiam więc paszport w hotelu, zapasowy
telefon przywiązuję do nogi, wkładam wygodne buty do uciekania. Jestem dość
mizerną imitacją Jamesa Bonda. Nie mam broni, nie umiem się bić. Umawiam się
 ze znajomym z Madrytu, że jeśli nie zadzwonię za dwie godziny, ma
powiadomić policję.

W połowie stycznia 2004 roku staję przed szarym budynkiem przy ulicy Tiro de
la Bola 42 w hiszpańskim miasteczku Tarazona de La Mancha. Boję się, ale
naciskam domofon.

Polska. Ratujcie moje koleżanki!

komputerze, podpisany "Nieznajoma". Autorka listu prosi o pomoc dla swoich
15 koleżanek więzionych w domu publicznym w Hiszpanii. W marcu 2003 roku
pracowały legalnie przy zbiorach truskawek pod Huelvą w Andaluzji. Gdy
kontrakty się skończyły, postanowiły nie wracać do kraju. Chciały dorobić
jeszcze na czarno. Poznały Ukraińców, którzy zaproponowali im zarobek przy
zbiorze cebuli, winogron i oliwek w Kastylii - La Manchy. W sierpniu
pojechały na umówione miejsce. Rzekomi pracodawcy zabrali im dokumenty,
rzeczy, pieniądze i zamknęli w domu przy ulicy Tiro de la Bola 42 w

imieniu Igor, a jego podkomendnymi byli Rosjanie o imionach Max, Giena i
Alex. Wymienieni mnie i inne Polki w dzień zmuszali do pracy na polu, a
nocami musiałyśmy uprawiać prostytucję. W tym czasie nic nam nie płacono, a
jedynie gwałcono i bito". Pisze też, że miejscowa policja jest w zmowie z
mafią. Jej i koleżance udało się uciec dzięki polskim klientom. Reszta
została. Nieznajoma nie podaje żadnych danych, bo rodzina nie wie, co robiła
w Hiszpanii. Wymienia tylko jedno imię i nazwisko koleżanki, która tam
została - Monika T.

Polska. Pomysł bardzo niebezpieczny

Próbuję nawiązać kontakt z Nieznajomą. Dwa razy daję anonse w "Gazecie" z
prośbą o kontakt. Gwarantuję anonimowość. Bez skutku. Nie wiem, skąd mogłaby
pochodzić Monika T. Szukam jej nazwiska w książkach telefonicznych w całym
kraju. Wszystkich nie mam szans przejrzeć. Liczę, że uda mi się namierzyć,
skąd Nieznajoma wysłała list. Niestety, ktoś w redakcji wyrzucił kopertę ze
stemplem pocztowym.

W fundacji Itaka, która zajmuje się poszukiwaniami zaginionych, dowiaduję
się, że zdarzają się przypadki zaginięcia polskich dziewczyn w Hiszpanii. Co
roku wyjeżdża tam do prac przy zbiorach kilka tysięcy Polek. Kilkaset nie
wraca. Większość z nich utrzymuje kontakty z rodzinami. Dorabiają na czarno,
spotykają mężczyzn, zakochują się i osiadają na stałe. Niektóre jednak
znikają bez śladu. Ile dokładnie? Tego nie wie nikt. Itaka ma nazwiska kilku
kobiet, których zaginięcie zgłosiły rodziny. Ale nie wszyscy proszą fundację
o pomoc. Jedni szukają na własną rękę, inni wciąż czekają. Wpisuję do notesu
nazwiska tych, których szuka Itaka. Oprócz szczątkowych informacji na temat
ostatniego miejsca ich pobytu nic nie wiadomo. Prawie wszystkie zaczynały
pobyt w Hiszpanii od zbiorów truskawek, malin albo mandarynek w Andaluzji.

Kontaktuję się też z La Stradą, Fundacją przeciwko Handlowi Kobietami. Irena
Dawid-Olczyk z La Strady stara się mnie odwieść od pomysłu wyjazdu do
Tarazony de La Mancha.

- Pomysł bardzo niebezpieczny - mówi. - Sutenerzy nie cackają się z tymi,
którzy wtrącają się w ich interesy.

Powinnam najpierw poinformować o swojej akcji polski konsulat w Madrycie i
najlepiej pojechać do miasteczka z jakimś mężczyzną. Sama będę za bardzo
rzucać się w oczy.

Konsul Zbigniew Adamczyk w Ambasadzie RP w Madrycie mówi mi, że widział list
od Nieznajomej. Trafił do jego rąk w grudniu.

- Jest anonimowy, a to zawsze wzbudza nieufność - dodaje. - Ale w tym
wypadku mamy jego potwierdzenie.

Pod koniec jesieni jeden z pracowników konsulatu znalazł niewielką notkę w
hiszpańskiej gazecie, że w Tarazonie de La Mancha policja weszła do
nielegalnego domu publicznego i uwolniła przetrzymywane kobiety, w tym dwie
Polki.

- Dzwoniliśmy do nich, pytaliśmy, czemu nas o tym nie poinformowali -
opowiada konsul. - Otrzymaliśmy niejasną odpowiedź, że nie było potrzeby.
Kobiety są bezpieczne, a główny sutener siedzi w areszcie. Teraz czekamy na
informacje o zakończeniu sprawy.

Niestety, konsul Adamczyk nie może sobie przypomnieć nazwy gazety.

Kastylia - La Mancha. 600 Ukraińców

Nazywam Tarazonę małym miasteczkiem, ale dla Hiszpanów to typowe pueblo,
czyli wieś. Niezbyt bogata, z białymi domami w szeregach, z małym placem,
fontanną, czterema barami zapełnionymi po brzegi w czasie sjesty i stadionem
do walk byków (zimą zamkniętym). Dziesięć minut zajmuje przejście od rynku
do krańca wsi. Potem są już tylko płaskie jak Żuławy pola i gdzieniegdzie
wiatraki, takie same jak za czasów Don Kichota. Mieszka tu 6 tysięcy ludzi,
w tym aż 600 Ukraińców.

W dokumentach miejscowego urzędu jest też zarejestrowany jeden Polak (ale
dawno tu już nie mieszka). Ilu w ogóle mieszka Polaków? Nikt nie wie.

W październiku ubiegłego roku Tarazona stała się sławna na całą La Manchę.
Policja wykryła, że w starym blaszanym baraku ukrywa się 70 nielegalnych
emigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej. Wśród nich dwóch studentów z
Polski. Deportowano ich do kraju.

Maria Carmen, szefowa miejscowego ośrodka pomocy socjalnej, chrupie pieczoną
słoninę w barze U Paola (jest właśnie sjesta). Nie przypomina sobie, żeby
podczas październikowej akcji policja odwiedziła dom przy ulicy Tiro de la
Bola 42. Ale kiwa głową: - Tak, tak, jest tu straszny mafioso Igor. Wszyscy
się go boimy.

ŹRÓDŁO:
Patrzy na list: - I wydaje mi się, że pod tym adresem ma swój klub.

Pod nazwą "klub" kryją się w Hiszpanii domy publiczne. Nie tylko Marii
Carmen wydaje się, że na Tiro de la Bola 42 mieszkają więzione Polki.
Podobnie uważa jej brat Miguel, szef miejscowej Partii Socjalistycznej, i
Paquita Saiz - alcaldesa, czyli burmistrzyni. Bardzo się tym martwi.

- To czemu nic z tym nie zrobicie?!

- Tak, tak, musimy coś z tym zrobić - jest bardzo sympatyczna.

Postanawia, że zaraz zadzwoni po Juana Angela, szefa policji. Proszę ją,
żeby tego nie robiła, bo z listu wynika, że jest w zmowie z mafią. Ale już
za późno. Za trzy minuty (komisariat jest w budynku obok) wchodzi do
gabinetu alcaldesy wysoki, szpakowaty inspektor. Ściska mi dłoń i rytualnie
całuje w oba policzki. Wyjaśniam, po co przyjechałam do Tarazony.

- Ale tam nie ma żadnej mafii! - mówi Juan Angel.

- Czy mogę się zobaczyć z szefem klubu aresztowanym przez was jesienią? -
pytam.

- Nie wiem, o co pani chodzi. Nie aresztowaliśmy nikogo takiego.

- Kto w takim razie powiedział polskiemu konsulowi o uratowaniu dwóch
dziewczyn?

- To jakaś pomyłka - kręci głową.

- Proszę ze mną pójść do tego domu i wejść do środka - namawiam.

- Nie mogę. To poza moimi kompetencjami. Musiałbym prosić o pozwolenie moje
władze w Madrycie.

Odmawiają mi też pomocy burmistrz Paquita Saiz, Maria Carmen i jej trzy
pracownice. W sąsiednim dużym mieście Albacete proszę o pomoc Emilia
Fernandeza, dziennikarza lokalnej gazety "La Tribuna de Albacete". Jego
szef, kiedy się dowiaduje, o co mi chodzi, zabrania mu kontaktów ze mną. Mam
zakaz przychodzenia do redakcji ("Nie chcą mieć problemów z Ukraińcami" -
tłumaczy Emilio). Emilio w sekrecie przed swoim szefem przegląda archiwa
komputerowe i papierowe w poszukiwaniu artykułu, o którym mówił konsul
Adamczyk. Nic nie znajduje.

Kastylia - La Mancha. W tym domu

Naciskam domofon. Czuję się jak bohaterka tandetnego kryminału. Męski głos
pyta: "Kto tam?". Opowiadam wcześniej wymyśloną historyjkę, że szukam Moniki
T., koleżanki z Polski, która tu podobno mieszka. "Zaraz zejdę". Czekam
najdłuższą minutę w moim życiu. Drzwi się otwierają. Przede mną staje niski
brunet z wąsem, w roboczym, brudnym ubraniu. Ma żałobę za połamanymi
paznokciami i złote zęby.
...

więcej »

Po zmroku

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Loup-Garou

Późny wieczór, blask okrągłego, pełnego księżyca opiewającego ziemię, był jednym z najlepszych widoków, które można było ujrzeć dziś i chodź nie było dużego ruchu jak na lato to, co jakiś czas dało się usłyszeć krzyki i dźwięki samochodów. Na placu Wolności w Poninie, co chwilę przemykali różni ludzie, wśród nich była kobieta wysoka brunetka o smukłej twarzy i ciemnej karnacji. Ubrana była w ciemny komplet spodni i bluzeczkę granatową. Co chwilę oglądała się, była lekko przestraszona i szła dość szybkim krokiem, zakręciła w prawo obok baru mlecznego, a tam weszła w wąską uliczkę prowadzącą do bloków i tylnego wejścia do baru, a za nią mężczyzna zakapturzony, lekko zgarbiony, gdy kobieta zakręciła za barem przyśpieszył swój marsz. Wszedł w uliczkę, ale nikogo tam nie znalazł, szukał wzrokiem po wejściach i zakamarkach. Po prawej stronie zauważył kontener a za nim wystawał kawałek buta. Chcąc to sprawdzić zaszedł za kontener i ku jego oczekiwaniu to była kobieta, skulona na kolanach trzymała torebkę i drżała chodź było ciepło, bała się podnieść głowy, ale jak widać odwaga i ciekawość zwyciężyła. Spojrzała na twarz napastnika i chodź była ona ukryta pod kapturem to ujrzała jej zarysy. Chciała krzyczeć, lecz ręka napastnika była szybsza i przytknął jej ją do buzi, był dość silny. Drugą ręką wyciągnął zza paska pistolet i po cichu powiedział:
-Jeden pisk i koniec z tobą!
Kobieta skinęła głową. A mężczyzna zabrał rękę i po chwili powiedział:
-Torebka!
Brunetka powolnym ruchem ręki podała ją, zaś drugą trzymała z tyłu.
-Szybciej. Wstań, co tam masz z tyłu?!- Powiedział piskliwym głosem.
Bandyta łapiąc ją za ramiona podniósł, a gdy to zrobił z jej ręki wypadła torebka a z drugiej telefon.
Napastnik szybko się schylił i podniósł go, a na wyświetlaczu zobaczył:

Łączenie z numerem 112

Szybko anulował i znowu powiedział:
-Ty szmato myślałaś, że mnie wykiwasz!- Uderzył ją z otwartej dłoni, kobieta przekrzywiła się i złapała za prawy policzek, który automatycznie zrobił się bordowy.
Mężczyzna zaczął szperać w torebce, wcześniej chowając telefon do kieszeni. W torebce znalazł portfel, a w nim 500zł, które także schował do kieszeni tyle, że drugiej, resztę wyrzucił na chodnik, wyleciała: szminka, chusteczki tusz do rzęs i lusterko, które w kontakcie z twardą powierzchnią roztrzaskało się i w tej właśnie chwili rozległ się głos z tyłu:
-Chyba wiesz, że zbicie szkła oznacza pecha!- Był to bardzo twardy i ochrypły głos.
W tym momencie głowy bandyty i młodej kobiety skierowały się w stronę głosu. Stał tam mężczyzna jakieś metr osiemdziesiąt pięć, dobrze zbudowany, ale w cieniu i nic więcej nie można było o nim powiedzieć.
-Co ty piszczysz?- Rzekł oburzony mężczyzna i wycelował w niego, po czym strzelił.
W tym samym czasie nieznajomy odskoczył na ścianę, na której zawisł, następny strzał mężczyzna odbił się o niej, kula zrobiła głębokie wgłębienie, śmierdziało siarką. Nieznajomy wyglądał jak bestia był cały w sierści, która zostawała w niektórych miejscach na przykład takich jak: ściana. Kobieta stała w bezruchu, czułą się jak w jakimś filmie akcji z powiązaniem horroru. Nieznajomy mężczyzna wyskoczył na wysokość koło dwóch metrów i stanął tuż przed bandytą, jego ruchy były rytmiczne i zgrane. Teraz był bardzo szybki ruch głową, tak mocny, że zakapturzony mężczyzna zalał się krwią wywalając do tyłu. A do kobiety wskazał ręką by podeszła, wyciągnął telefon oraz pieniądze i podał jej własność. Brunetka chwilę popatrzyła się na „bestię” jak by szukała jakieś przesuwki czy to nie kostium a że nie znalazła odwróciła się złapała swoją torebkę, zebrała swoje rzeczy, po czym uciekła.

*
W komendzie głównej w Poninie komisarz szybko założył kurtkę, wziął klucze i wybiegł na dwór, do swojego samochodu. Komisarz Marek przejechał obok Lombardu, przy salonie Orange zwolnił i tuż za barem zakręcił stając na chodniku przed zaułkiem. Wyszedł na dwór było ciepło, ale wiał lekki wiatr. Skierował się do miejsca gdzie żółta taśma policyjna opasywała miejsce tuż od wejścia aż za kontener. W środku stało już Trzech funkcjonariuszy, którzy bacznie przeszukiwali miejsce w celu odnalezienia i zabezpieczenia jakichś pomocy śledczych, ale jak widać słabo im to wychodziło. Marek nie zdążył jeszcze zrobić kroku a z tyłu doszedł do niego czyjś krzyk:
-Proszę się nie ruszać a reszta opuścić miejsce zbrodni.
Mundurowi wyszli z terenu oznakowanego taśmą.
-Teraz tą sprawą my się zajmiemy, to do nas był ten telefon. Mam nadzieje, że nie zniszczyliście tajnych dowodów.- Mężczyzna zakładał białe rękawiczki.- I pewnie zostawiliście kupę odcisków. Podejdźcie do mojego samochodu Citroena, tam na was czeka kolega, by zebrać od was odciski, aby następnie wyeliminować je z miejsca zbrodni.
Inspektor Fiedling przeszedł przez żółtą taśmę i skierował się do kontenera. Aura nocy nie pomagała w tej sytuacji, ale było jasno i jeszcze te lampy-reflektory prawie jak za dnia. Fiedling podszedł do ściany gdzie była dziura a tuż za nim szedł Tolibar jego zastępca bacznie przyglądał się.
-Dziwne, po co ktoś strzelał tak wysoko? Chyba, że nie był orłem w tej dziedzinie.- Te słowa wzbudziły ironiczny uśmiech na twarzy Tolibara.
-Panie inspektorze, ale tu są śladu butów, jak by ktoś tu stał!
-Co za głupoty opowiadasz, jak można stać na pionowej powierzchni.
-Fiedling zniżył wzrok i ujrzał lekkie zabrudzenia od butów, rzeczywiście, masz rację! A kto do nas dzwonił?
-Zlokalizowaliśmy ją, jest to młoda uczennica liceum Beata Drabik.
-To, na co jeszcze czekasz, wezwać tu ją, a niech ktoś przyniesie lampę luminescencyjną.
-Już idę!- Powiedział Tolibar i szybkim krokiem skierował się do wyjścia, po chwili znikł za murami bloków.

*
Na drugim piętrze rozległ się dzwonek. Młoda kobieta ledwo zeszła z łóżka, niewyspana podeszła do drzwi i spojrzała przez „szpiega” ujrzała w nim dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. Otworzyła drzwi i jeden z nich wyciągnął zza marynarki odznakę, po czym powiedział:
-Pani Beata Drabik. To pani chciała się dodzwonić na numer 112, zgadza się?
-Tak, a przepraszam, o co chodzi?
-Jest pani potrzebna jako naoczny świadek zdarzenia, morderstwa muszę panią zaprowadzić do inspektora Fiedlinga, który aktualnie znajduje się na miejscu zbrodni.
-Panowie może wejdą, a ja szybko się przebiorę.
-W porządku tylko proszę się pośpieszyć.

*
Inspektor ustawił lampę luminescencyjną, czyli źródło światła z łukiem elektrycznym, które emituje energię świetlna 450 nanometrów na fali o szerokości pasma 20 nanometrów. Dzięki temu zabezpieczonemu plastikową osłoną żeby nie przenieść żadnych odcisków i dowodów, ale właśnie dzięki temu urządzeniu można wykryć wszystkie dowody nie widoczne gołym okiem takich jak: krew, odciski, narkotyki, płyny ustrojowe itp.
Fiedling założył żółte okulary, po czym włączył maszynę. Tam gdzie skierował światło, to miejsce zdawało się być jak by kosmosem, na którym widniały niczym gwiazdy, niebieskie włosy krótkie jak sierść. Odcisków też było całkiem sporo, ale to nie zdziwiło inspektora, ponieważ to miejsce jest powszechnie dostępne dla mieszkańców tego miasta i lokatorów pobliskich bloków. Inspektor szukał dalej, mocny niebieski słup światła skierował na kontener. Obok niego także było dużo sierści i oczywiście ciało mężczyzny, ale na samym kontenerze były jakieś dziwne kreski. Fiedling podszedł bliżej i zaczął je oglądać – były to ślady pazurów a obok był napis:

Loup-Garou

-Co to oznacza?- Pomyślał. Zrobił zdjęcie temu napisowi i oglądał dalej.

*
Dwóch agentów i młoda dziewczyna wjeżdżali na chodnik tuż przy miejscu zabójstwa, na miejscu, które dla Beaty nie kojarzyło się dobrze jeszcze niedawno tej nocy mogła tu zostać okradziona, pobita i nie wiadomo, co jeszcze. Powoli wyszli z auta i skierowali się do żółtych taśm. Przeszli przez nie i jeden z agentów wykrzyknął:
-Wyłącz to! Nie chcę być ślepy na stare lata. Mamy świadka.-Wskazał ręką na kobietę.
Fiedling z wyłączył lampę i idąc do nich ściągnął okulary chroniące przed światłem.
-A, więc była pani podczas morderstwa. Czy uczestniczyła pani w nim?
-Nie! Ten mężczyzna chciał mnie okraść.- Wskazała na ciało leżące obok kontenera.- I pobić.- Obróciła lekko twarz z widocznym siniakiem.
-I, co zabiła go pani?- Na cisnął Fiedling.
-Nie! Gdy mnie uderzył i przetrząsnął moją torebkę pojawił się nieznajomy owłosiony mężczyzna.
-Gdzie?
-Dokładnie tam.- Pokazała wejście, przez które przebiegała żółta taśma.
-I się, co dalej wydarzyło?
-Ten mężczyzna powiedział coś i szedł w naszym kierunku. Jego głos był groźny taki lekki ochrypły i twardy.
-A przypadkiem pani nie pamięta, co on powiedział? To było zaledwie trzy godziny temu.
-Bandyta przetrząsając moją torebkę zbił lusterko.-Kobieta wskazała na kawałki szkła koło kontenera.-Po czym nieznajomy pojawił się i powiedział coś w rodzaju: „zbicie szkła oznacza pecha”.
-Hmm- Agent tylko mruknął pod nosem i szybko zapytał- A czy wie pani, po czym jest ta dziura.- Wskazał na ścianę.
-Tak. Gdy szedł w naszym kierunku, złodziej wyciągnął pistolet i strzelił do niego, on zaś nie potrafię tego wytłumaczyć skoczył na ścianę i siedział przez chwilę na niej, bandyta oddał następny strzał zaś nieznajomy unikając strzału zeskoczył z niej, lądując tuż przed zbirem.
-No i dochodzimy do setna sprawy jak go zabił?
-To było tak gwałtowne, że trudne do opisania, gdy już spadał wychylił się do tyłu i poprzez mocny wymach uderzył go głową.
-I pani jak z tamtą wyszła czy panią też chciał zaatakować?
-Nie zabrał bandycie moje rzeczy, po czym oddał je mi, wzięłam je i uciekłam, byłam przestraszona, nie wiedziałam czy to się dzieje naprawdę.
-Wspominała pani, że ten mężczyzna był cały w sierści.
-Tak miał jej aż tak dużo, że aż gubił, nie pachniał przyjemnie, ale przyglądałam mu się dokładnie czy to przypadkiem nie kostium jakieś przebranie i zaskoczyło mnie to, bo nie znalazłam żadnego suwaka, przesuwki bądź zapinki czy czegoś w tym stylu.
-Czyli pani, że był jak zwierze- w sierści i ta nad ludzka skoczność. Lubi pani komiksy bądź rysuje.
-Nie rysuję, a za oglądaniem ich także nie przepadam.
-Pani historia wydaje się nie prawdopodobna, jak by z koloryzowana.
-Alę mówię prawdę. Nie mam, po co kłamać! Był to dla mnie bohater.- Pomógł mi.
-A czy mówią pani coś słowa Loup-garou?
-Nie, a co to oznacza?
-Jeszcze nie wiem, myślałem, że pani nam to powie!
-Myślę, że jest to w innym języku, przypuszczam, że w francuskim bądź hiszpańskim, ale go w szkole nie mam.
-Gdzie jest Tolibar on dobrze zna język francuski. Zawołajcie go.

*
Tolibar siedział samotnie w samochodzie, był bardzo senny, światła rozstawione w miejscu zbrodni nie docierały do niego. Ogarniał go ciemność! Odsunął szybę by nie usnąć, wilgotne chłodne powietrze wpadało do samochodu orzeźwiając zmęczonego Tolibara. Po chwili ze strony pasażera otworzyły się drzwi i Henryk pochylił się, po czym powiedział:
-Szef chce cię widzieć, podobno znasz dobrze francuski.
-Tak trochę, uczyłem się kiedyś!
Tolibar wyszedł z samochodu, w którym został Henryk. Przyśpieszył kroku, chciał jak najszybciej skończyć tę sprawę i pojechać do domu, odpocząć. Gdy już był przed Fiedlingiem zapytał:
-O, co chodzi?
-Na kontenerze znalazłem napis Loup-garou i nie wiem, co to oznacza czy to po francusku.
-Tak „Loup” oznacza wilk, ale to drugie słowo: „garou” nie wiem, co oznacza, jeszcze się z nim nie spotkałem. A to pewne, że zostało teraz napisane?
-Tak i nie zgadniesz, czym?!- Powiedział z ironią Fiedling.
-Pewnie nożem.
-W tym rzecz, że jak by pazurem.
-Jak to, po co miał by ktoś bawić się w takie rzeczy. Może jeszcze nie wyrósł.-Powiedział jeszcze z większą ironią podśmiewująć się, Tolibar.
-I jeszcze ta kobieta mówi, że był w sierści jak zwierze, przebieraniec jeden, niby wilk.-Bardziej ironicznie powiedział Fiedling jak gdyby się ścigali między sobą, kto bardziej śmiesznie powie.-To jak by, co to zajmij się tym, „garou” co oznacza. Jutro rano musimy wiedzieć, co to oznacza. Najpóźniej! Masz tu laptopa z internetem.
-Nie został w domu.
-To szybko zajmij się tym na razie nie będziesz tu taj potrzebny.
-Dobra, dzięki postaram się.
Tolibar zaczął wracać się do swojego samochodu.
-Czy coś jeszcze ważnego wydarzyło się, o czym pani nie powiedziała?
-Powiedziałam wszystko.
-Ale na wszelki wypadek gdyby pani sobie coś przypomniała, proszę to mój telefon.-Fiedling podał swoją wizytówkę.- I dziękuję może pani jechać do domu, dobranoc.
-Dziękuję dobranoc.-Beata skierowała się do wyjścia, ale po chwili usłyszała:
-A przecież niech pani powie Tolibarowi, pewnie siedzi w swoim Golfie by panią odwiózł, a jeżeli już odjechał to któremuś innemu to obojętne, tak czy tak będziemy się zbierać, dzisiaj już nic nie zrobimy.
Kobieta kontynuowała marsz i gdy doszła do samochodu pochyliła się i powiedziała:
-Może mnie pan odwieźć, szef powiedziałbym do pana przyszła, a i tak za chwilę kończycie, bo Fiedling mówił, że dzisiaj już nic nie zrobicie.
-A tak jasne wsiadaj już miałem jechać do domu, ale dla kolegów to chyba najlepsza informacja, jaką usłyszeli dzisiaj.
Tolibar odpalił silnik i ruszyli.
-Gdzie mieszkasz, bo nie wiem gdzie mam cię odwieźć.-Odparł uśmiechając się do młodej kobiety.
-Mieszkam na Kopernika.
-To niedaleko, a co ci się stało w policzek?
-To ten przeklęty złodziej.
-Takich ludzi trzeba tępić, bić kobietę, niech się postawi równemu sobie, chociaż widać jak się skończyło to spotkanie. Masz na wszelki wypadek to moja wizytówka. Niedawno wyrobiłem, a nie mam już, co z nimi zrobić, myślałem, że się przyda.
-Dziękuję. O to tutaj!
Samochód się zatrzymał i na zewnątrz wyszła kobieta, po czym skierowała się do bloków, za którymi znikła. Wszyscy rozjechali się do domów, wcześniej zabezpieczając miejsce i chowając swoje sprzęty.

ROZDZIAŁ DRUGI

Sagittarius Serpentarius

Noc jeszcze się nie skończyła było koło godziny drugiej. Nieznajomy owłosiony człowiek biegał wśród wąskich uliczek, łuszczył się i zostawiał za sobą śladowe ilości sierści, miotał się po ścianach być może z bólu, zrywał z siebie złuszczoną warstwę skóry wraz z kawałkami sierści, było to wręcz obrzydliwe, nikomu nie pozazdrościć takiego widoku. Widza mógłby przeszyć także strach przed bestią tego pokroju. Mężczyzna próbował panować nad sobą, spojrzał przed siebie na stojący domek, był on nie duży, jak by opuszczony. Podszedł do niego, swoimi pazurami chwycił za klamkę i przechylił ją do dołu. Drzwi były zamknięte. Wilkołak tak tylko można było nazwać stworzenie o takim zachowaniu i wyglądzie półczłowieka, półzwierzęcia, człowiek zmieniający się w straszliwą bestie zwaną właśnie wilkołakiem, wziął duży zamach i uderzył w drzwi w miejsce dziurki zwanej „szpiegiem” w drzwiach była teraz duża dziura wielkości głowy. Nieznajomy otworzył zamek a następnie drzwi. W domu nikogo nie było, wszędzie pajęczyny i porozwalane rzeczy, jak by ktoś się z pośpiechem wynosił, pakował, meble po otwierane pulki po przewracane, panował chaos i bałagan. W rogu stało łóżko mężczyzna położył się, chcąc usnąć, ale coś mu nie pozwalało, ciągle drapał się ściągając z siebie złuszczone kawałki skóry z wraz przylegającymi „wysepkami” sierści. Szybko przechylił głowę jak by coś usłyszał, ale było zupełnie cicho, czyżby jego słuch był aż tak ostry, aby słyszeć więcej niż normalny człowiek? Wstał i skierował się ku wyjścia, szubki skok i był już na jednej ze ścian budynku wspiął się dość wysoko, aby widzieć okolice i móc jak najdokładniej usłyszeć wszystko. Dobrze wsłuchując się, skręcił w prawo i tam zobaczył budynek z szyldem Jubiler w jednym z okien szyba była rozbita, przez co rozbrzmiewał się sygnał alarmowy, co dziwne nikt nie reagował jak by nikt tego nie słyszał. Te stworzenie jest wręcz doskonałe, usłyszeć coś, czego inni nie słyszą i te ruchy, skoki ta gimnastyczność tego zwykły człowiek nie potrafi. Gdy był już przy sklepie z rozbitą szybą w środku zamaskowany mężczyzna kominiarką ubrany bardzo elegancko w garnitur pakował wszystko do worka. Ściągał wszystko z półek przeróżne drogocenne naszyjniki, pierścionki i wyroby tego typu, co oznaczało, jakąkolwiek wartość. Wilkołak szedł powoli w stronę bandyty jak by chciał go przestraszyć można powiedzieć nawet się skradał, złodziej wyglądał na przestraszonego zachowywał się na amatora w tym fachu i rozglądał się by nikt go nie zobaczył i aż go zatkało, pierwsza jego reakcja to strach przestraszył się istoty, „włochaty mężczyzna”, ale po chwili z lekką ironią powiedział jak by wcale nie był zdziwiony wyglądem istoty:
-Ty, czego tu! Fajny strój, ale łupami się nie dzielę.
-Ja nie po łupy, ale odłóż to i odejdź stąd!- Odpowiedział warcząc.
-A to niby, dla czego? Zrobię, co zechcę!- Wykrzyknął mężczyzna sięgając za marynarkę.
Wilkołak rzucił się w jego kierunku i prawą łapą przejechał po jego lewej ramieniu, barku zaś lewą ściągnął kominiarkę, ale przeciwnik był sprytny w tym samym czasie wyciągnął zza marynarki broń i wystrzelił, pocisk przeleciał przez ciało mężczyzny i odbił się od kulo odpornej szyby. Mężczyzna automatycznie wyłożył się na ziemi zaś bandyta zebrał z ziemi kominiarkę wziął worek z tym, co zdążył zapakować do niego i uciekł. Po kilku minutach włochaty mężczyzna się ocknął wstał, krew leciała dość mocno, ale jeszcze miał dość siły, podszedł do kasy z pobliskiego biurka ściągnął obrus i zacisnął tuż przed raną i na niej tak, aby opanować krwawienie, zbyt duży ubytek krwi może doprowadzić do śmierci. Obok kasy leżał flamaster podjął go i próbował nim coś napisać na podłodze, ale okazało się, że jest on wyczerpany, więc ten wyczerpany flamaster zaczął przykładać do kałuży krwi znajdującej się na podłodze w miejscu, którym leżał, wyglądało to jak by pisał piórem, co chwile maczając je w atramencie, którym tutaj była kałuża krwi.

*
Policja już była przy jubilerskim sklepie. Henryk wraz ze swoim kolegą skierowali się do budynku, w rękach mieli przygotowane bronie, szli do budynku szybko, ale bardzo ostrożnie obaj schyleni z oczyma na celownikach, nie wiedzieli, na co mogą być przygotowani spoglądali jeden po jednej stronie drugi po drugiej wypatrują złowrogich osób bądź nie przyjaznych ruchów. Gdy weszli do środka zobaczyli wielką plamę krwi na posadzce, była jeszcze świeża bez żadnych zakrzepów, rozglądali się dokładnie, ale ofiary nie znaleźli.
-Co to ma znaczyć, gdzie jest osoba, do której należy ta krew przecież nie mogła sobie nigdzie pójść. Tracąc tyle krwi mogła się wykrwawić.
-Też chciałbym to wiedzieć.-Odpowiedział Henryk z lekką złością.
-Nam to się zawsze trafi sprawa o największym zagmatwaniu.
-Ta, jedzie wsparcie.
Przed budynkiem pojawił się Wolskvagen Golf, a z niego wyszedł Tolibar wyciągnął broń i dołączył do dwóch policjantów.
-Nikogo tu nie ma możecie opuścić i schować pistolety-Powiedział Henryk.-A ty, co miałeś jechać do domu.-Skinął na Tolibara.
-Tak, ale wiesz jak jest nawet cię z łazienki zerwą, ich nie obchodzi, co robisz, masz być to masz być, a wiesz, jaki jest Fiedling.
-Nie znam go długo, ale od tego czasu, gdy przyszliście do naszego biura to trochę się przekonałem.
Drugi policjant tylko spoglądał raz na Henryk a raz na Tolibara jak by nie wiedział, o co chodzi.
-Weź próbkę krwi do analizy.-Powiedział Tolibar.- Będzie to chyba najlepsze poszlaka.
-Już się robi.- Odpowiedział żywo Henryk.
-A, możesz skoczyć do mojego samochodu, tam w bagażniku jest lampa luminescencyjna może być potrzebna, w końcu to robota złodzieja a skoro kradzież to i odciski palców.
-Jest, otwarty?- Zapytał bez życia Tomek.
-Tak tylko szybko Z życiem, bo czeka nas wigilia z takimi ruchami!
-Co z próbką, jak chcesz mogę ją jutro zanieść do badania.- Powiedział Henryk pobierają krew z podłogi.
W raz z przyjazdem Tolibara pojawiła się werwa do pracy, każdy dostał przydział, co ma zrobić. Wszystko się bardziej się ożywiło. Policjanci nie byli tak wcześniej ospali i leniwi, współpracując z detektywem szło im lepiej.

*
Dla nie znajomego mężczyzny ostatnie minuty potoczyły się bardzo szybko, były porównywalne z sekundami można nazwać to wyścigiem z czasem. Na mazał jakieś wyrazy na podłodze i wyszedł jak najszybciej. Zaszedł za budynek i z stamtąd skierował się zawiłymi uliczkami do drewnianego domu. To było bardzo dziwne jego rana zrastała się w przyśpieszonym tempie, chodź czas szedł do przodu normalnie. Gdy był w domu czuł się znacznie lepiej sierść, która mu odpadała nie pojawiała się powtórnie, lecz była normalna skóra. Mężczyzna położył się na łóżku i udało mu się zasnąć.

*
Tolibar już przyniósł lampę, trzej mężczyźni założyli okulary i lampa została włączona po raz drugi tej nocy emitując tzw. Czarne światło. Automatycznie na podłodze zaiskrzyły się małe kawałki włosów, były prawie wszędzie a najwięcej w okolicy plamy krwi, która jaśniała jak słońce, zaś dalej był napis z krwi aż się jarzył:

Sagittarius Serpentarius

-Co to oznacza?- Zapytał cicho Henryk.
Ale poniżej był jeszcze jeden napis:

Żółw

A w około pełno włosów. Tolibar wyciągnął aparat i zrobił zdjęcie temu dziwnemu napisowi. Oglądał wszelkie zakamarki w budynku, ale niczego więcej nie znalazł. Henryk podszedł do napisu i zaczął rozmyślać nad jego sensem. Po kilku minutach do niego dołączyli inni, ale nic z tego nie wyszło. Było więcej pytań niż odpowiedzi na nie.
-Co oznacza to „Sagittarius Serpentarius” czy jak to tam, bo jeszcze z czymś takim się nie spotkałem. – Odparł Henryk – I jeszcze te włosy to tak jak tam koło kontenera na Placu Wolności.
-Ta, ale ta nazwa to chyba z łacińskiego ostatnio po francusku i jeszcze ten „Żółw”, co to ma znaczyć? Ten ktoś musi mocno krwawić. Adrian zadzwoń na pobliskie szpitale by rejestrowali osoby przyjęte, a najważniejsze z ranami… Hmm- Mruknął, Tolibar i schylił się.-Łuska, czyli postrzałowymi, a nawet prze strzałowymi. – Spojrzał na okno z pęknięciem od kuli. – Gdzieś tu musi być i kula, ale ty zajmij się szpitalami my damy sobie radę, szybko!
-Już się robi!- Młody policjant poleciał do samochodu.
Tolibar chodził koło okna odstawiając stoły i krzesła aż natrafił na kulę była mocno zniszczona z licznymi wcięciami jak by otarła się o metal przynajmniej o coś twardego. Schował ją razem z łuską do foliowej torebki i włożył do kieszeni.
-Nic tu więcej nie ma!- Poszedł do lampy i wyłączył ją, ściągnął okulary i złożył wszystko, po czym zaniósł do swojego samochodu z obok stojącego citroena wyszedł młody policjant – Adrian, po czym powiedział:
-Panie Tolibar do tej pory nie zarejestrowano żadnych ofiar, ale nadal będą kontrolować sytuację.
-To dziwne, ale może się jeszcze zgłosi.- Powiedział Tolibar wkładając lampę z okularami do bagażnika.- To chyba tyle zaraz rozwieszę tylko taśmę by nikt nie zbliżał się do miejsca zbrodni, chociaż co najważniejsze już mamy. Czyli to na dzisiaj koniec, możecie jechać.
-Do widzenia to znaczy dobranoc.- Powiedział Henryk, zaś Adrian odpalił samochód i odjechali.
-Dobranoc. –Powiedział z lekką ironią, gdy już odjechali mówiąc to jak by do siebie.
Tolibar wyciągnął żółtą taśmę i obkleił miejsce w około na wysokości kolan i brzucha, po czym schował ją i sam odjechał.

*
Nastał spokojny, ciepły ranek, słońce przygrzewało i rzucało swoje promienie wszędzie odbijając się od szkieł, luster, blach samochodów itp.. Do drewnianego domu wpadające promienie tworzyły kolumny ich jasność się powiększała poprze okna, przez które przechodziły. Taka jedna kolumna opadała właśnie na twarz Filipa, tak mu było na imię, teraz nie miał sierści był niczym zwykły człowiek tyle, że jego ubranie było porwane i nie kompletne z licznymi dziurami przesiąknięte krwią i potem posklejane sierścią. Smukła sylwetka nie długie, ciemne włosy, średniego wzrostu o dość jasnej karnacji i delikatnej cerze czy można by go o coś takiego posądzać? Wydaje mi się, że nie, ale pozory mylą. Łóżko, na którym leżał wyglądała jak by ktoś porwał pierzynę i cała zawartość leżała właśnie na nim, tyle, że zamiast piór leżała sierść. Młody chłopak właśnie gwałtownie wstał, otworzył oczy jak by był przestraszony, rozglądał się z niedowierzaniem, ale wcale nie był tym zbytni zaskoczony, był chyba już lekko przyzwyczajony, do swojego przekleństwa, przyjął już to, nie walczył żył w symbiozie. Następnie ręką przejechał po ciele dokładnie badając okolice klatki piersiowej, miejsca, w którym w ubraniu była dziura, włożył tam palca, ale ciało było zrośnięte jak gdyby nic się nie stało. Chłopak rozejrzał się dokoła siebie zerkając po kątach pokoju.

*
Tolibara o godzinie coś koło 7.30 obudził telefon niechętnie wstał i podniósł słuchawkę, a w niej usłyszał:
-Dzień dobry, mam nadzieje, że nie obudziłem cię wierzę, że jesteś w drodze do biura i chciałbym wiedzieć, co się stało w sklepie jubilerskim i co oznacza brak dowodów na moim biurku!- Powiedział oburzonym tonem inspektor Fiedling.
-A tak mam dowody za chwilę postaram się je dowieźć, wczoraj odbyło się to wszystko tak późno, że zapomniałem.
-Czekam w biurze!- Po tych słowach Fiedling się rozłączył.
-On nigdy nie da ludziom odpocząć!!- Powiedział do siebie Tolibar z wyraźnym zmęczeniem.- I jeszcze te głupie napisy.
Mężczyzna przebrał się i skierował do kuchni wziął bułkę, którą rozkroił na pół i zrobił szybką kanapkę z szynką, po czym jedząc ją szedł do garażu. Miał być szybko w biurze, więc wszystko robił w pośpiechu, ale o drzwiach pamiętał zamknął je za sobą i ruszył do biura swoim Golfem. Ruch na drodze nie był duży, nikomu nie śpieszyło się, był chyba jedyną osobą, która dzisiaj z pośpiechem gdzieś dążyła. Dojechał do biura trwało to jakieś 150 minut. Gdy Tolibar wszedł na komisariat gdzie obecnie pracował od czasu, gdy w życie wprowadzono plan, który mówił o tym by detektywi współpracowali z policją na polepszenie jakości wykonywanej pracy, ujrzał wszystkich na swoich stanowiskach w ciszy zajętych pracą, takie warunki panowały zawsze, gdy w biurze przebywał Fiedling. Skierował się do gabinetu inspektora, zapukał lekko się denerwując, ale po chwili usłyszał:
-Tak, proszę wejść!
Gdy otworzył drzwi i wszedł do środka Fiedling ciągnął dalej:
-To ty Tolibar myślałem, że już nie przyjdziesz, za takie spóźnienia dawałem kary pieniężne, czy ty wiesz w ogóle, która jest godzina? Spóźniłeś się ponad godzinę.
Tolibar spojrzał na zegarek obie wskazówki leżały na siódemce, po czym powiedział:
-Jest siódma trzydzieści pięć, a dzisiaj przecież mam wolne po całej nocy.
-Jakiej od razu całej nocy. Dzisiaj dzwoniłem do ciebie i gdybyś odebrał nie za piętnastym razem, lecz za pierwszym to byś był punktualnie, dzisiaj przymknę na to oko, pokaż, co tam masz.
Tolibar z marynarki wyciągnął foliową torebkę z nabojem i łuską i dwa zdjęcia. Fiedling wziął to do rąk i zaczął oglądać, chwilę się zatrzymał na zdjęciu, po czym powiedział:
-I, co to ma oznaczać ten „sagittarius serpentarius” i „Żółw”, czemu jest on taki czerwony?
-Jest on napisany przy pomocy krwi.
-Po, co ktoś mazał krwią jakieś zwariowane nic nieznaczące słowa?
-Nie wiem właśnie zamierzam się tego dowiedzieć.
-A, wiesz, co oznacza to, „Loup-Garou”?
-Jeszcze nie, ale pracuję nad tym.
- -To szybko na biurku przed trzynastą chcę mieć to wszystko. Zrozumiane?
Tak, dobrze.- Po czy wyszedł i skierował się do swojego biurka, włączył komputer, załogował się jakimś bardzo zawiłym hasłem, i wszedł do Internetu, jego skrzynka była prawie pusta, dwie jakieś reklamy najprościej mówiąc śmieci, które nikomu do niczego nie są potrzebne, jeżeli chodzi o jego pracę. Po usunięciu spamu wszedł na google, po czym wpisał Loup-garou, na pulpicie wyświetliło się:

Akt Harry’ego Dresdena (utwór) – Wikopedia, wolna encyklopedia
Loup-garou najbardziej przypomina potwora z legend, aczkolwiek również tutaj … Staje się maszyną do zabijania, z nad naturalną prędkością, Loup-garou można …
pl.wikopedia.org/wiki/Akta_Harry’ego_Dresdena_(książka) – Kopia – Podobne strony

Loup Garou – 2002- Dobb’s Ferry
- ( Tłumaczenie strony)

-Nie.- Pokręcił głową.
Przeciągnął myszką na sam spód gdzie wyświetliły się słowniki, kliknął na jeden z pierwszych:

Ling.pl║ Największy darmowy słownik online – angielski …

Tam jeszcze raz wpisał: Loup-Garou
A to, co się wyświetliło zdziwiło go trochę:

Webster’s Dictionary of English

Loup-Garou

(n.) A werewolf; a lycantrope.

ECTACO słownik francusko- polski
ECTACO słownik francusko- polski
Słowniki elektroniczne Ectaco do nabycia u wydawcy
LOUP-GAROU

MRUK

LOUP-GAROU

ODLUDEK

LOUP-GAROU

WILKOŁAK

Bez większego zastanowienia zaznaczył całość i nacisnął drukuj, po czym wszedł powrotem do google i tam wpisał:

Pełnie księżyca

Natychmiast wyskoczyły mu strony kliknął pierwszą:

http://księżyc.numi.biz/

Były tam fazy księżyca, które także wydrukował. Zebrał kartki i flamastrem coś zaznaczył na obu a następnie wziął je kierując się do Fiedlinga, ledwo zdążył zapukał, gdy już usłyszał odpowiedz:
-Proszę wejść.
Wszedł, położył kartki na biurku inspektora, po czym powiedział:
-To dziwne nie wiem, po co ktoś miał pisać taki wyraz na kontenerze.- Wskazał palcem na kartce:

WILKOŁAK

-A ja wiem, aby nas zając albo przestraszyć, ale chyba mu to słabo to wyszło.
-Nie do końca, proszę zobaczyć na drugą kartkę.- Powiedział Tolibar.
Fiedling oglądał drugą kartkę, ale jak widać nic dziwnego tam nie dostrzegł, po krótkim milczeniu powiedział:
-Co to ma znaczyć i o co chodzi z tym osiemnastym czerwca. Po co go zaznaczyłeś?
-Bo tak składa się, że jedno z drugim ogromnie się wiąże, wczoraj była pełnia a jak pan wie w legendach jest mowa, że wilkołaki właśnie przy pełni się ujawniały, ktoś był bardzo sprytny łącząc te wszystkie elementy.
-Bujda.
-Też w to nie wierzę, ale coś tu śmierdzi.
-A to drugie to coś na „s”?
-Jeszcze nie wiem.
-A czekaj to znaczy, że następna pełnia jest w lipcu dokładnie osiemnastego lipca.- Powiedział Fiedling spoglądając na kartkę, z której właśnie to odczytał.
-Tak zgadza się.- Powiedział Tolibar idąc w stronę drzwi.

*
Widząc go teraz a w nocy to całkowita różnica. Jedno do drugiego nie pasuje, niczego wspólnego żadnego elementu zaczepienia. Teraz Filip był ubrany normalnie w dżinsy i koszulkę prawdopodobnie znalazł w szafie, która tera była otwarta i wszystkie inne rzeczy: bluzki, spodnie leżały na ziemi, rozglądał się i chcąc już wychodzić usłyszał wibracje telefonu, odchodzące z jego starych porwanych pełnych w sierści leżących na łóżku ubrań podszedł do nich i wyciągnął telefon, po czym odebrał połączenie na głośno-mówiącym i usłyszał:
-Czemu cię nie ma szkole, nauczyciel pytał się o ciebie, nie było cię w domu a miałeś wrócić już wczoraj. Gdzie ty teraz jesteś i czemu nie odbierasz moich połączeń, te trzy dni już cię psują.
-Jestem Jeszcze u kolegi na wsi i nie zdarzyłem na autobus, ten czas za szybko leci!- Kłamał jak z nut ukrywając prawdę, której z pewnością nie zaakceptowałaby jego ciotka.
-„Czas się nie śpieszy, to ty nie nadążasz” masz zaraz być w szkole, bałam się o ciebie, myślałam, że coś ci się stało.
-Mi? Nie martw się, kończę w tym roku już siedemnaście lat i umiem o siebie zadbać. Już jestem w drodze do szkoły, przy tych słowach chyba z głodu zaburczało mu w brzuchu, ale na szczęście było to zbyt ciche, aby mogła to usłyszeć pani Teresa przez telefon.
-Mam taką nadzieję, do popołudnia, na razie.
-No cześć!- Rozłączył połączenie i telefon schował do kieszeni.
Wyszedł domu szedł prosto koło sklepu jubilera gdzie były wybite szyby i były zaklejone trzema paskami żółtej taśmy. Nie zbyt to go interesowało, szedł prosto nie oglądał się za siebie, jeszcze jakieś sześćset metrów dzieliło go ze szkołą. Śpieszył się, bo i tak był już spóźniony jakąś godzinę. Spojrzał na zegarek i odczytał godzinę dziewiątą siedemnaście, przyśpieszył kroku po pięciu minutach był już przy wejściu. Wszedł na korytarz szkolny i był całkowicie zdziwiony jego klasa siedziała na ławkach bez obecności nauczyciela, teraz zdał sobie sprawę, że pośpiech, który mu towarzyszył był całkowicie zbędny. Podszedł do kolegów, aby się przywitać. Spoglądał po korytarzu rzucając wzrokiem na wszystkie kąty czy przypadkiem nigdzie nie czai się nauczyciel, ku jego oczekiwaniom nigdzie go nie znalazł. W klasie było więcej nieobecnych, był to koniec roku szkolnego i większość sobie odpuszczała, oceny były już postawione i frekwencja wyliczona, Nawet nie stawiano nie obecności. Szkoła była opustoszała, na korytarzu siedziała tylko jego klasa.
-Dzisiaj po tej godzinie idziemy na komputery, bo nie mają i tak, co z nami zrobić, mogliby nas puścić do domu. Prawie nikogo w szkole nie ma, nie ma to sensu.- Powiedział Grzesiek spoglądając na wybitego z życia Filipa.
-To dobrze, już tylko jutro.- Powiedział z westchnieniem Filip.
-Opłacało się ci przychodzić żeby posiedzieć na ławce?
-Właśnie chyba nie, ale nie wiedziałem, że dzisiaj tak będzie, a tak w ogóle to byłem niedaleko i wstąpiłem zobaczyć, co się tutaj dzieje.- Powiedział z wymuszonym uśmiechem Filip.
-Chyba, że tak. Tak za piętnaście minut będziemy się zbierać nie?
-Chodźmy pod salę.- Powiedział Wojtek.
-To idziemy.